Krystian Ogły- Wywiad

Krystian Ogły- jeden z niewielu ludzi na świecie, którzy pokonali morderczy dystans legendarnego Biegu Western States w USA poniżej 24 godzin! Na swoim koncie ma imponujące doświadczenie w biegach ultra, między innymi Maraton Piasków należący do cyklu UTWT (Ultra Trail Word Tour). Dystans 240 kilometrów ukończył na znakomitym 12 miejscu! Było to najwyższe miejsce Polaka w tej imprezie! Jest również pierwszym polskim biegaczem, który wystartował we wszystkich 12 biegach cyklu Ultra- Trail World Tour!



Krystian, na początek dość oczywiste pytanie, jak zaczęła się Twoja przygoda z bieganiem?

Trochę przez przypadek. W lipcu 2008 r. szwagier – miłośnik gór – powiedział mi, że słyszał o imprezie polegającej na pokonaniu 145 km po górach w celu upamiętnienia dwóch ratowników GOPR którzy zginęli w lawinie w Karkonoszach. Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej było pierwszą imprezą o jakiej usłyszałem z szalonym dystansem do pokonania. Właściwie to był marsz nie bieg, a świat ultra był wtedy w Polsce prawie nieznany. Moja ciekawska natura spowodowała, że podjąłem wyzwanie i dwa miesiące później zameldowałem się na mecie, jako (o ile dobrze pamiętam) jeden z 36 finiszerów. Oj bolało wtedy niemiłosiernie. Trasę Przejścia pokonywałem w kolejnych latach jeszcze czterokrotnie, za każdym razem coś poprawiając. Uzyskany czas nigdy nie był dla mnie najważniejszy. Na każdej kolejnej edycji zdobywałem nowe doświadczenia, i wykorzystywałem te zdobyte podczas innych biegów ultra, w których powoli zaczynałem startować. Bohaterem mojego świata ultra nie był wtedy Kilian, a takie osoby jak Mirek Wira czy później Zbigniew Malinowski. Niebywałe jest to jak w ciągu ostatniej dekady eksplodowała popularność górskich biegów ultra. Trudno czasem mi uwierzyć że jeszcze dziesięć lat temu widok zawodnika w kompresach i z kijkami wzbudzał salwy śmiechu wśród niektórych bywalców przydrożnych sklepików. Wszystko się zmieniło. Moje doświadczenie też cały czas rośnie. Ostatnio zaczynam o sobie coraz częściej myśleć, że jak na zawodnika mam już swoje lata, a tymczasem sam siebie zaskakuję. Ostatni sezon był dla mnie pełen przygód i bogaty w mega wyzwania. Po takim starcie jak tegoroczne UTMB ponownie doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie wiele jeszcze przede mną.

Niewątpliwe należysz do czołówki polskich biegaczy ultra i jesteś tym samym wzorem do naśladowania dla innych biegaczy, którzy podobnie jak my, zaczynają swoją przygodę w świecie ultra. Wyczytałem, że Twoje życie nie jest poświęcone tylko bieganiu- na co dzień pracujesz?  Jak znajdujesz czas na treningi przygotowujące Cię do tak wymagających biegów? Być może znasz jakiś złoty środek, który pomoże na regularne treningi z pełnym zaangażowaniem innym, początkującym biegaczom?

Ja sam nie myślę o sobie w kategorii „czołówka”, a raczej jeden z wielu którzy kochają ten sport. Od zarania wyniki i pozycje nie są dla mnie najważniejszą kwestią w bieganiu. Oczywiście wysokie miejsca cieszą. Potwierdzają, że praca przynosi efekty, a doświadczenie procentuje. Dla mnie z czasem na pierwszy plan wyszły inne elementy biegania. Przede wszystkim postawa – nastawienie podczas samego startu. Zawsze dbam przede wszystkim o to żeby dotrzeć do mety. Do póki nie wdrapię się na ostatnią górę nie mam pewności jaki będzie finał i czy dotrę do mety. Szanuję trasę i czuję respekt przed wyzwaniem do samego końca. Przy tym wszystkim muszę czuć, że walczę. Nie chodzi tu o walkę z innymi zawodnikami, a tylko i aż z samym sobą. Biegnę tak żeby w każdym momencie czuć tę walkę. Paradoksalnie nie oznacza to jakiegoś morderczego tempa. Na długim dystansie podstawą jest wg. mnie strategia, zarządzanie zasobami energii.
Pracuję w koncernie więc mam ograniczone rezerwy czasowe które mogę przeznaczyć na treningi. Przygotowanie do biegów ultra niekoniecznie oznacza ganianie po kilka godzin dziennie. Od wielu lat uważam że w biegach powyżej 100 km 70% stanowi głowa, a 30% przygotowanie fizyczne. Trenuję 4-5 razy w tygodniu. Najczęściej jednorazowo przebiegam 15-20 km, co zajmuje mi średnio 1,5h. Marcin Świerc, który pomaga mi w treningach od dawna wpaja mi zasadę, że ważniejsza od ilości przebiegniętych kilometrów jest jakość treningu. Bardzo ważne jest zróżnicowanie jednostek, odpowiednia ich kolejność, a nade wszystko systematyczność. Z tym ostatnim rożnie u mnie bywa. Zauważyłem jedną oczywistą i niezwykle ważną rzecz. Jeśli mam wybrany konkretny cel, chęć trenowania i systematyczność przychodzą samoistnie. Tu dochodzimy do odpowiedzi na ostatnią część twojego pytania. Cel daje motywację. W mojej opinii wybranie odpowiednio ambitnego celu pozwala odpowiednio nastawić się na przygotowania. W życiu generalnie oraz na co dzień zawsze są sprawy ważne i ważniejsze. Wyobraź sobie siebie biegnącego w biegu, o którym zawsze marzyłeś, dobiegającego do mety. Motywowanie się to podstawa zarówno w treningu, jaki i podczas zawodów. Kiedyś, podczas mojego drugiego UTMB, po morderczym wejściu na Grand Col du Ferret, w fazie totalnego wyczerpania trafiłem na zabójczo piękny widok. Z tamtego miejsca, przy dobrej widoczności, panoramy są oszałamiające zarówno na włoską, jak i szwajcarską stronę. Momentalnie nabrałem chęci do dalszej walki. Przyszła mi wtedy do głowy taka myśl, że każda kropla motywacji, którą potrafimy wykorzystać jest na wagę złota. Takie krótkie chwile przypominają się czasem w czasie przygotowań. Jeśli jadę biegać w nowe nieznane miejsca, często posiłkuję się zdjęciami i filmami z poprzednich edycji. To także pomaga nabierać chęci do codziennej mozolnej pracy na formą.


Masz 38 lat, a Twoja przygoda z bieganiem trwa nieprzerwanie od ośmiu lat. Kiedy i dlaczego obrałeś sobie za cel start we wszystkich biegach z cyklu Ultra- Trail World Tour?

Już mam 41 lat. Marcin na swojej stronie utrzymuje mnie jeszcze w stanie młodości i niech tak trwa jak najdłużej… Moja przygoda trwa od 2008 roku. Właśnie dobiega końca mój jedenasty sezon tej przygody. Pierwszym moim wielkim celem i marzeniem było ukończenie UTMB. Udało się je zrealizować w 2013 r. Dzień po tym biegu zawiązał się cykl UTWT. Pierwszy kalendarz biegów rozlokowanych na wszystkich kontynentach ogłoszono na 2014 r. Było to dla mnie od początku coś niesamowicie ekscytującego, a zarazem mało realnego. W 2014 roku postanowiłem zrealizować moje kolejne marzenie, tj. Diagonele Des Fous. Ten arcytrudny bieg znalazł się w cyklu. Po jego ukończeniu zacząłem układać kolejny sezon i wtedy zakiełkowała we mnie myśl o ukończeniu wszystkich biegów UTWT. Kolejnym moim startem był UTMB w 2015 r., tym razem już w ramach cyklu. Następnie miałem ogromne szczęście - zostałem wylosowany na Western States 100 na 2016 rok. Wówczas ostatecznie ugruntował się u mnie cel 12 x UTWT. Możliwość zwiedzania Świata w ten sposób stała się podstawową przyczyną dla której podjąłem to wyzwanie.


Każdy z tych biegów był zapewne wyjątkowy na swój sposób- inny i z pewnością wymagał od zawodnika niesamowitego ducha walki. Który z nich, oceniłbyś za najtrudniejszy i dlaczego?

Bez wątpienia Diagonale des Fous na wyspie Reunion. Jest coś w tym biegu wyjątkowo trudnego, co sprawia, że nawet najlepsi zawodnicy kończą go w czasie 4-5 h dłuższym niż UTMB, często w stanie skrajnego wyczerpania. Wyspa jest niezwykle malownicza i różnorodna, a zbocza gór bardzo strome. Dodatkowo jest to wyspa wulkaniczna i mamy do czynienia z trudnym technicznie podłożem. Na trasie wciąż zmieniają się strefy klimatyczno-roślinne i krajobrazy. W czasie biegu organizm narażony jest na szybkie i duże zmiany wysokości, a tym samym ciśnienia i temperatury. Już pierwszy odcinek biegu wiedzie z oceanicznej plaży na blisko 2500 m n.p.m. W mojej opinii to sprawia, że ten bieg jest piekielnie trudny. Kojarzy mi się przede wszystkim z ogromnym wysiłkiem i zmęczeniem wywołującym halucynacje. Dodatkowo w czasie kiedy brałem w nim udział, niedługo po starcie zaczęła się sześciogodzinna ulewa. Końcówkę biegu pamiętam przez pryzmat potwornego zmęczenia. Miałem wrażenie, że moje mięśnie odklejają się od kości, a ciało za chwilę rozpadnie się na kawałki. Jak to się teraz mówi – było „grubo”. Udało mi się ten bieg ukończyć jako pierwszy w cyklu i to doświadczenie sprawiło, że kolejne wyzwania nie były już takie straszne.
Drugim morderczym wyzwaniem był Maraton Piasków. To ze względu na jego specyfikę. Bieg etapowy w ekstremalnych warunkach klimatycznych sprawia, że każdy kolejny dzień jest trudniejszy. Trzeba być odpornym psychicznie i mocno zdeterminowanym do walki. Jest to też wielka przygoda, która zostawia masę wspaniałych wspomnień. Polecam.

A UTMB? Marzenie każdego biegacza ultra- taka wisienka na torcie. W tym roku ponownie stanąłeś na starcie tego najbardziej prestiżowego biegu górskiego na świecie. W 2015 roku z tego co pamiętam zająłeś 43 miejsce! Tym razem podniosłem poprzeczkę i finalnie na mecie zameldowałeś się jako 27 zawodnik! Byłeś tym samym pierwszym Polakiem na mecie Ultra Trail du Mont Blanc! Twoje wyniki mówią same za siebie- to niesamowity postęp! Jesteś żywym przykładem, że Marcin Świerc to nie tylko fenomenalny, światowej klasy zawodnik, ale również bardzo dobry trener- jak ocenisz pracę z Marcinem?

Moja współpraca z Marcinem trwa kilka lat i oceniam ją bardzo pozytywnie. Dzięki niej łatwiej mi pilnować systematyczności, a ułożony trening przynosi postępy. Oczywiście Marcin nie jest cudotwórcą i nie sprawi że ktoś kto zacznie z nim trenować natychmiast wskoczy do światowej elity i wygra jakiś prestiżowy bieg. Na pewno jest profesjonalistą, trenerem z licencją. Bez wątpienia warto korzystać z jego wiedzy. Poza tym motywuje wszystkich tym co osiąga. Inna sprawa jest taka, że każdy zbiera własne doświadczenia i powinien umieć z nich korzystać. Psychikę każdy szlifuje samodzielnie. Przed tegorocznym UTMB miałem pewne obawy wynikające głównie z tego, że przez 2,5 miesiąca po UTMF byłem wyłączony z treningu. Skręcenie kostki którego tam doznałem okazało się poważniejsze niż myślałem i skazany byłem na pauzowanie. Do treningów wróciłem w połowie lipca, zaczynając od bardzo małych i spokojnych jednostek. Musiałem jeszcze zostawić trochę czasu przed biegiem na wyhamowanie i nabranie tzw. głodu biegania. Wszystko musiało się odbyć w naprawdę krótkim czasie. Niedługo przed biegiem Marcin widząc moje obawy uspokoił mnie mówiąc: „Ty już osiągnąłeś odpowiedni poziom wytrenowania wcześniej, teraz tylko trzeba żeby tą energię wyzwolić podczas startu”. Zadziałało uspokajająco. Przecież i tak nie nastawiałem się na wynik, a na ukończenie w dobrej formie. Odnośnie samego startu to od początku nastawiłem się na bardzo spokojne tempo. Ustawiłem się na starcie dość daleko z Arturem Piechą. Gdzieś w połowie stawki. Był taki ścisk, że pierwsze dwa kilometry szedłem. Zachowałem duży spokój. Nigdzie się nie spieszyłem. Nierealne wydaje mi się to, co słyszałem od kolegów biegaczy, że na początku nadrabiałem względem czasów uzyskiwanych podczas poprzedniego startu. Nie zawracałem sobie głowy takimi rzeczami jak jakieś poprzednie czasy. Wydawało mi się, że biegnę znacznie spokojniej i wolniej. Być może dlatego, że padał deszcz, było dużo chmur i szybciej zrobiło się ciemno. Do Courmayeur biegłem na 50-60% mocy. Tak lekko, że nawet słynny zbieg do tej miejscowości minął nie wiem kiedy i bez wysiłku. Później biegło mi się jeszcze przyjemniej, cały czas w komforcie i bez szarżowania. Przy tym wszystkim bardzo pomagała mi żona. W punktach gdzie mnie supportowała nie korzystałem z jedzenia czy picia od organizatorów. Wyłącznie własne sprawdzone patenty. I chyba to było kluczowe, ponieważ żołądek funkcjonował bardzo dobrze i prawie nie miałem niespodzianek. Dzięki temu wszystkie zbiegi mogłem pokonywać na luzie. Przy tym nie zbiegałem jakimś zabójczym tempem. Na bardzo błotnistym zbiegu przed La Fuly minąłem najpierw Tima Olsona, a chwilę później Jima Walmsleya. Obaj wyglądali nieciekawie. Byli ubrani chyba we wszystko co mieli. Jak się później okazało Tim wrócił do gry i ukończył bieg, a Jim zszedł z trasy. To zawsze wielka szkoda, kiedy zawodnik tej klasy ma problemy i odpada. To przykład pokazujący jak różne są postawy biegaczy z elity. Ostatnie trzy góry na UTMB zawsze są trudne. Mam wrażenie że znajomość trasy sprawiła, że już nie wydawały mi się gigantami a sporymi podejściami. Najfajniejsze czekało mnie na koniec. Moim skrytym marzeniem od zawsze było wbiegnięcie do Chamonix jeszcze za dnia. Mówiłem o tym jedynie Anicie i Marcinowi. Na około trzy kilometry przed metą na ostatnim zbiegu dotarło do mnie że to się właśnie dzieje. Jest jeszcze dzień a ja już słyszę wrzawę przy mecie i widzę, że za moment wbiegnę do miasteczka. Dałem upust emocjom i rozpłakałem się. Chwilę później pozbierałem się i rozpocząłem triumfalny finisz zatłoczonymi uliczkami. To co się tam działo zaskoczyło mnie najbardziej. Nie spodziewałem się aż takich tłumów i ogromnej wrzawy. To był chyba mój najpiękniejszy finisz w życiu. Miałem ściśnięte gardło. Ostatnią prostą do mety nie biegłem na złamanie karku, a szedłem żeby nieco dłużej celebrować ten cudowny moment. Cały czas mam to jeszcze przed oczami. Już mi więcej nie trzeba…



Jesteś doświadczonym „ultrasem”, ale z Marcinem współpracujesz od kilku lat. Jakie zauważyłeś różnice w treningach? Kiedy nadszedł tak zwany progres?

Przede wszystkim dzisiaj uważam, że bez Marcina biegałem rekreacyjnie, a nie trenowałem. Wprowadzenie kilku podstawowych elementów treningu, oraz jego periodyzacja szybko przynoszą postępy, zwłaszcza w początkowej fazie. Tak było też w moim przypadku. Jeśli dobrze pamiętam mój największy progres miał miejsce w 2014 roku, po pełnym sezonie przepracowanym z Marcinem. Szybko odkryłem, że dobrze dobrany trening przynosi satysfakcję sam w sobie. Opieka trenera sprawia że nie ma wymówek, o które łatwiej przed samym sobą. Współpraca wymusza tez systematyczność. Marcin zawsze dużą wagę przykłada do sprawdzania samopoczucia po treningu. To bardzo istotne. Nie powinno się przesadzać i zajeżdżać organizmu. Warto szukać przyjemności w ćwiczeniach. Ostatnie kilka lat trenuję przede wszystkim spokojnie. Spokojnie też startuję. Na zawodach szukam przyjemności. Dzięki treningom rozpisywanym przez Marcina powoli i stale podnoszę poziom wytrenowania. Jedyny element którego nie chcę u siebie wdrażać to nastawienie na wyniki. Zawsze liczy się przede wszystkim osiągniecie mety, w miarę możliwości w komforcie.


Biorąc pod uwagę doświadczenie w biegach ultra, co doradziłbyś początkującym biegaczom?

Dbajcie o to żeby zawsze mieć przed sobą konkretne cele. Ambitne i dostosowane do własnych możliwości. Nie bójcie się trudnych wyzwań, ale na początku nie przesadzajcie ani z długością biegów ani z ilością startów. Szukajcie przyjemności w bieganiu. Kryzysy traktujcie jak wyzwanie, okazję która raczej nie trafia się na treningach. Przełamujcie je np. śmiechem. Jeśli będzie bardzo źle doszukujcie się wielu rozwiązań. Decyzja o zejściu z trasy niech będzie ostatnim z wielu możliwych kroków. Najlepiej wcale nie dopuszczać negatywnych myśli. One zazwyczaj potęgują się. Są jak niewielka dziura w oponie samochodu. Powodują że powietrze ulatuje, a ciśnienie spada. Gdzieś się dojedzie, ale raczej nie do celu. Im więcej słabych momentów przezwyciężycie tym łatwiej będzie Wam w przyszłości radzić sobie z nimi. Przerwany w danym miejscu bieg wytyczy w głowie granicę którą później trudno pokonać. Bardzo ważny aspekt, który zauważyłem u wielu biegaczy – ograniczajcie stres przed startem. Organizujcie czas tak, żeby myśli odciągać od zawodów najdłużej jak się da. Wiele osób stres zżera na tyle, że później mają kłopoty żołądkowe, a to jeden z kluczowych elementów gry. Szukajcie przyjemności nawet w najgorszych warunkach jakie napotkacie. Bawcie się trudnościami. Niech będą szansą żeby naprawdę powalczyć. Ultra to piękny sport.


Jakie są Twoim zdaniem najczęstsze błędy treningowe popełniane przez początkujących biegaczy ultra?

Pierwsze co przychodzi mi do głowy to zbyt duże obciążenia. To jest błąd biegaczy wszelkiej maści, nie tylko ultrasów. Gro biegaczy ma duże ambicje. Oczywiście w pewnym sensie to rozumiem. Jeśli przekłada się to na wariackie treningi, zbyt duże objętości i starty co tydzień, to często kończy się kontuzjami. Bywa że ktoś z jednej wyleczonej od razu przechodzi do kolejnej. Znam też zawodników którzy po kontuzji nie wrócili do biegania, a mieli ogromny potencjał. Inna sprawa to zbyt duże przywiązywanie wagi tylko do jednego elementu biegania. Wg. mnie ultramaratony to sport gdzie potrzebna jest wszechstronność. Mocne podbiegi są tak samo ważne jak szybkość zbiegania i wytrzymałość. Nie mniej istotna jest lekkość i szybkość na płaskich odcinkach. Warto też trenować w terenie trudnym technicznie. Nastawienie tylko na wybrany element sprawia, że na zawodach może i wychodzi on komuś lepiej, ale w pozostałych dużo traci. Nie chodzi jedynie o straty czasu. Podam to na przykładzie. Ktoś uważający się za specjalistę od zbiegów szlifuje ten element do perfekcji, cieszy się szybkością i czuje się w tym mocny. Na zawodach zbiega na maxa. Chwilę później jest podejście na które nie ma już za wiele sił. Nie tylko dlatego, że słabiej podchodzi, ale oddał zbyt dużo energii w zbieg. Wyprzedzają go inni, a jak jest słaby psychicznie to czuje się z tym źle. Takie zawody to wachlarz nasilenia tempa i emocji. A potrzebna jest równowaga i spokój. Być może to przychodzi z wiekiem.

Twoje mocne strony?

Głowa, głowa i głowa. Nie czuję się biegaczem pierwszoligowym. Myślę, że mam mocną psychikę, wynikającą po części ze wszystkich wcześniejszych startów. Każdy kolejny dodatkowo mnie wzmacnia. Staram się nie dopuszczać myśli o zaprzestaniu walki. Zauważyłem że w czasie zawodów staję się trochę innym człowiekiem, może nawet bardziej zwierzęciem. Mocno fokusuję się na celu. Często sam siebie nie poznaję. Fenomenem i zagadką jest dla mnie w dalszym ciągu to, skąd wyciągam nowe pokłady energii. Dlatego lepiej czuję się na dłuższych biegach, najlepiej stumilowych.

Twoja „pięta Achillesa”?

Wydaje mi się że najsłabiej wychodzą mi podejścia. Ostatnio chyba jest trochę lepiej. Najczęściej jednak przy pierwszym poważniejszym wzniesieniu widzę różnicę między mną a czołówką. Na pewno będę nad tym jeszcze pracował.



Jaki jest Twój najbliższy cel?

Aktualnie odpoczywam po sezonie i cieszę się ze zrealizowania tego co planowałem z nadwyżką. UTMB było poza głównymi celami, a udało się ukończyć i wyszło bardzo dobrze. Na przyszły sezon będę próbował dostać się na jakieś biegi w USA, o których marzę od dawna. Zobaczymy jak pójdą losowania. Od tego będzie zależał cały mój przyszłoroczny kalendarz i to co będzie najbliższym celem. Mam też alternatywne pomysły. Wszystko będzie oczywiście zależało od szczęścia i możliwości finansowych.

Możesz zdradzić czytelnikom naszej strony, jakie jest Twoje największe marzenie biegowe?

Od dłuższego czasu marzy mi się Badwater. To dla mnie taki trochę groźny demon, którego chcę ujarzmić. Jest w mojej głowie też Hardrock, na który jest o wiele trudniej się dostać niż na Western States, więc na razie sobie go podglądam regularnie i czasem nieśmiało aplikuję...

Czego możemy Ci życzyć Krystian?

Przede wszystkim zdrowia i braku kontuzji. To podstawa. W dalszej kolejności szczęścia w losowaniach. Jak już dostanę się tam gdzie chcę reszta sama się potoczy, a ja na pewno będę walczył.


I tego właśnie Ci życzymy- dużo zdrowia i braku kontuzji oraz szczęścia w losowaniach. Dziękuję za poświęcony czas! Do zobaczenia na szlaku...
Po marzenia...