Bieg 7 Szczytów oczami Dawida- "Czas goni nas" cz.4





          ... Wyruszyliśmy ze Ścinawki. Odświeżeni i można powiedzieć- wyspani, chociaż nie jest to dobre określenie. Daliśmy naszym organizmom po prostu trochę odpoczynku. Przed nami ostatni tak długi odcinek między punktami! Pocieszającym był fakt, że kolejne punkty są od siebie oddalone co około 12 kilometrów. Było już bardzo ciężko! Przed wschodem słońca poczułem, że marzę! Mimo założonej kurtki- było chłodno! Niedobrze- organizm w tym momencie potrzebował dodatkowej energii na ogrzanie ciała! Czekaliśmy z niecierpliwością na wschód słońca i promienie, które ogrzeją nasze zmarznięte ciała. Odcinek między Ścinawką, a Przełęczą Wilczą był równie wykańczający! Fizycznie czuliśmy się dobrze, jedynie ból stóp i zmęczenie spowalniało nas coraz bardziej. Wiedzieliśmy, że nie możemy się już zbyt często zatrzymywać na odpoczynek, bo możemy nie zdążyć do mety przed regulaminowym czasem 52- godzin! Potrzebowaliśmy jednak snu- próba kontynuowania biegu bez odpoczynku, mogła nas całkowicie wyeliminować z zawodów! Mój żołądek przestał przyjmować płyny! Zaczęło zbierać mnie na wymioty za każdym razem kiedy próbowałem się nawodnić- płukałem jedynie usta wodą i wypluwałem.

Tradycyjnie na kilkaset metrów przed punktem przywitał nas support! Uśmiechnięci próbowali nas zmobilizować do kontynuowania biegu do samego punktu- nie było takiej opcji! Dosłownie przysypialiśmy w biegu! Marzyliśmy jedynie o małej drzemce i czymś ciepłym na żołądek!


Zdrzemnęliśmy się piętnaście minut, a support w tym czasie przygotował dla nas ciepłą herbatę i jedzenie. Wystarczyło kilkanaście minut żeby odzyskać siły na pokonanie dalszej części trasy! Przed nami Bardo i jeden z najcięższych odcinków na trasie. Tzw. "Droga Krzyżowa" jest dosłownie wyniszczająca dla zawodnika, który ma nieprzespane prawie dwie doby i przeszło 200 kilometrów w nogach! Wiedzieliśmy jednak, że jesteśmy już tak blisko mety! Moja żona i support stanął w tym momencie na wysokości zadania! Wiedzieli co mnie zmotywuje do wysiłku...

Słońce coraz mocniej zaczynało ogrzewać nasze ciała! Zmęczenie było już tak duże, że stwierdziliśmy, że gorzej być nie może! Musimy spróbować się wyłączyć- powiedziałem do Huberta!
Odcinek do Barda pokonywaliśmy już żwawiej niż poprzedni- adrenalina sięgała już zenitu. Uciekał czas, każdy dłuższy przystanek działał na naszą niekorzyść! Mogliśmy nie zmieścić się w czasie i tym samym nie zaliczyć tego biegu! Dawaliśmy z siebie wszystko co wtedy nasze organizmy mogły wykrzesać! W Bardzie znowu support zrobił show, biegnąc obok nas przez całe miasto. Te małe detale wpływały na nasze samopoczucie- jakby czytali w naszych myślach, co w danym momencie doda nam powera! Coś pięknego...


Przed nami dystans zaledwie 37 kilometrów do mety! Wydawać mogłoby się niewiele, ale uwierzcie mi, że była to męka do samego końca. Pozostawało nam coraz mniej czas! "Droga Krzyżowa" niekończące się podejście, które pokonywaliśmy w pełnym słońcu! Zbiegi na pełnej petardzie! Przed samym punktem ostatni zbieg! Ponad 200 metrów różnicy poziomów, przy nachyleniu przekraczającym 30%. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczyłem! Mając w nogach 215 kilometrów, biegliśmy w dół na pełnej petardzie. Do było coś szalonego, ale dzięki pokonaniu tego odcinka zyskaliśmy około 15 minut! Liczyła się już każda minuta!

Na punkcie support zrobił coś dzięki czemu ukończyliśmy te zawody! Najpierw zadzwoniła moja żona- powiedziała, że muszę ruszyć mocniej, bo nie wyrobię! Nie ukończę o wymaganym czasie! Po czym na punkcie pozostała ekipa stwierdziła, że biegniemy zbyt wolno! Wyobrażacie sobie nasze "wkurwienie"! Nie mieliśmy sił, ostatni odcinek pokonaliśmy właśnie na pełnej mocy- tak jakbyśmy dopiero zaczynali, a Oni nam mówią, że musimy przyśpieszyć! Że się obijamy!

Oblaliśmy tylko głowy zimną wodą, uzupełniliśmy softlaski i bez pożegnania z supportem pobiegliśmy w kierunku ostatniego punktu! Dzisiaj wiem, że było to zamierzone z Ich strony i dzięki temu wykrzesaliśmy ostatnie pokłady energii! Ale wtedy... Głowa już nie przyjmowała logicznie pewnych rzeczy, a Oni perfekcyjnie to wykorzystali!



Przedostatni odcinek biegliśmy mocno! Podejścia w dalszym ciągu podchodziliśmy bardzo mocno- było ich coraz mniej! To też było pocieszające. Zmęczenie było przeokrutne! Odcinek mimo, że krótki- końca nie było widać. Nadrobiliśmy trochę- mieliśmy już zapas, ale w dalszym ciągu tempo było mocne! Ustaliliśmy z Hubertem, że do samego Orłowca, gdzie znajduje się ostatni punkt- biegniemy tak mocno, na ile mamy sił! Musimy zdążyć przed upływem 52 godzin, a czas nagle zaczął płynąć bardzo szybko!

Kiedy wbiegliśmy na ostatni punkt- czułem, że powoli odpływam, ale świadomość, że do mety zostało 12 kilometrów- trzymało mnie przy życiu! Support błyskawicznie zaczął uzupełniać nasze softlaski, polali głowę wodą prosto ze strumienia i kazali wypieprzać, przepraszając z uśmiechem za zachowanie na poprzednim punkcie. Wiedziałem już, że zrobili to specjalnie... Wiedziałem już też, że choćby nie wiem co... Ukończę ten bieg!

Mieliśmy zapas czasowy, nadrobiliśmy! Ostatni odcinek pokonaliśmy już spokojnie. Wiedzieliśmy, że spacerem jesteśmy w stanie dojść w przeciągu dwóch godzin. Choćby na czworaka Hubert to i tak zdążymy- powiedziałem do mojego towarzysza. Ostatnie cztery kilometry to asfaltowa droga w dół prosto do Lądka! Wybiegł po nas support, z którym pokonywaliśmy ostatnie kilometry! Kiedy zobaczyłem moją rodzinę- łzy zaczęły napływać do oczu! Mamy to! Mamy to- krzyczeli!


Nie pamiętam jak wbiegałem na metę. Mnóstwo znajomych czekało tam na mnie! Kamil Dąbkowski- tak jak obiecał polewał mnie szampanem, Arek Walenda ściskał i cieszył się razem ze mną z tego wyczynu.!Rodzina, zawodnicy z naszego Teamu... Totalny obłęd!

Jestem szczęśliwy!