Bieg 7 Szczytów oczami Dawida- część I "Byle do Pasterki"






         Już po wszystkim! Chciałoby się powiedzieć, że "Nie taki diabeł straszny, jak go malują", ale nie oszukujmy się- Bieg 7 Szczytów należy do tych, który do ostatnich metrów przed metą, zrobi wszystko żeby ściągnąć zawodnika z trasy. Nie mówię tutaj o zmęczeniu, które towarzyszy podczas pokonywania tego dystansu czy też bólu, który jest nieunikniony. Tam się dzieją rzeczy, które ciężko opisać słowami... Zacznę od początku.

Pierwsza połowa trasy poszła jak po maśle. Wszystko zgodnie z tym co sobie założyłem w głowie przed startem. Analizując wszystko na spokojnie- stwierdzam, że niezwykle ważne znaczenie miały rozmowy z zawodnikami, którzy już wcześniej pokonali podobnego potwora! Wszystkie rady dotyczące startu na tak długim dystansie- praktykowałem na szlaku. Od samego początku biegu trzymałem swoje, wygodne tempo. Pierwszym zmęczeniem okazało się podejście i zejście ze Śnieżnika. Trudne technicznie, długie i bardzo kamieniste! To był test dla mojej głowy- założeniem było pokonać ten odcinek bardzo spokojnie, schodząc nawet ze Śnieżka, a nie zbiegając. Wiedziałem, że niebawem za kolejnym punktem będzie spory odcinek płaskiego terenu, który prowadzić będzie polnymi ścieżkami i asfaltem. Był to moment, w którym mogłem nadrobić stracony czas na Śnieżniku- tak też zrobiłem. Trochę mocniejsze tempo, ale nie do przesady. Widziałem również, że na następnym punkcie będę miał czas na regenerację- przepak! Wziąłem też ciepły prysznic, przebrałem się, zjadłem, uzupełniłem płyny i pobiegłem dalej- odświeżony i zmotywowany ruszyłem w kierunku kolejnego punktu.

Od samego początku- nigdy nie myślałem o mecie! Najważniejszym było dotrzeć do kolejnego punktu. Wszystko szło bardzo dobrze, zbyt dobrze- powiedziałbym nawet. Wiedziałem, że w najmniej oczekiwanym momencie- nadejdzie kryzys, byłem gotów podjąć rękawice! Zaczęło się tradycyjnie od negatywnych myśli, w okolicach setnego kilometra. Po czeskiej stronie trasa prowadziła asfaltowymi drogami, niby fajnie, ale... A to się gorąco zaczęło robić, a to długo trwało, no ciągnęło się niesamowicie! Dobra kryzys był, kryzysu nie ma- jeden zero dla mnie! Dotargałem  do następnego paśnika, gdzie odpocząłem, uzupełniłem płyny i ruszyłem w stronę Dusznik Zdrój- no to była już prawdziwa dawka adrenaliny! Tutaj wiedziałem, że niebawem zawitam do Kudowy Zdrój, a wtedy... No właśnie- kolejne negatywne, niepotrzebne myśli typu: co będzie dalej, a jak to w tej drugiej dobie, a czy dam radę- bla, bla, bla, bla... Był kryzys, nie ma kryzysu- dwa zero dla mnie!

WOW petarda! Daję radę! Myśl pozytywnie Gajlusz!
Na kilka kilometrów przed Dusznikami, na zbiegach zaczął doskwierać mnie ból kolana!
Trudno- pomyślałem, zwolnię tempo najwyżej, świat się nie kończy, dobrze, że boli tylko na zbiegach- szukaj superlatywów Gajlusz! Tak też zrobiłem- zbiegi o małym nachyleniu pokonywałem biegiem, a te o dużym spacerem. Trzy zero dla mnie! Buahaha- jest dobrze!

Kiedy wyruszyłem w stronę Kudowy Zdrój- słońce już mocno przypalało mnie po twarzy! Nie mazgaj się Gajlusz! Krystian Ogły miał dopiero piekło na Badwater! Szukaj superlatywów! I wtedy tradycyjnie przypałętało się kolejne cholerstwo- odciski na stopach dały o sobie znać! Ból jeszcze do zniesienia, ale wiedziałem, że prawdziwa walka dopiero się zacznie! Przede mną druga doba i druga setka do pokonania. Pamiętam moment kiedy dobiegałem do 130 kilometra- dopadł mnie wtedy kolejny kryzys. Usiadłem na kamieniu przy polnej ścieżce, poczułem jak po policzkach ciekną mi łzy. Tylko nie teraz- pomyślałem. Zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki. Wiedziałem, że niedługo będzie punkt odżywczy w Kudowie Zdrój, który muszę jak najprędzej opuścić! 

Każdy kto decyduje się na start w Biegu 7 Szczytów- ma jeszcze "furtkę", może zejść strasy w Kudowie Zdrój na 130 kilometrze biegu i zalicza wtedy dystans SuperTrail! Mając w nogach przeszło sto kilometrów, wspólnie z poznanym wcześniej Hubertem uzgodniliśmy, że wpadamy na punkt w Kudowie, zmieniamy koszulki, skarpety i buty! Jemy co trzeba, uzupełniamy płyny i "SPIERDALAMY!" Tak dokładnie- nie można tego inaczej określić- głowa już zmęczona, wystarczy jeden mały impuls i "B7S", który całą drogę robił wszystko żeby wyeliminować zawodnika z trasy- wygra! 

Ruszyliśmy oboje z Hubertem w stronę Pasterki- wiedziałem, że czekać będzie tam na mnie support. To było uczucie, dzięki któremu miałem siłę na pokonanie kolejnego odcinka biegu- kryzys nie odpuszczał, sam nie wiem co to do końca było? Głoś mi się łamał, a do oczu napływały łzy, długo nie mogłem się ogarnąć- chociaż byłem świadomy, negatywnych myśli przybywało! Zaczął padać deszcz- zajebiście po prostu! Bolało kolano, bolały stopy, byłem głodny, zmęczony! Potrzebowałem odpocząć! Zaczęło mną rzucać na boki- coś jest nie tak! Pamiętam jak usiadłem na pniu, kilka kilometrów za Kudową...  Ogarnij się chłopak- powtarzałem do siebie. Będzie bolało do samego końca! Wiedziałeś o tym! Ruszyłem do Pasterki! Wtedy już wszystko wyglądało zupełnie inaczej...



Cdn...