Bieg 7 Szczytów oczami Dawida- "Jest jakoś inaczej" cz.2





                    ... Musiałem znaleźć sposób na dotarcie do Pasterki- wyciągnąłem z kamizelki telefon i zadzwoniłem do żony. Nie chciałem jej martwic, ale wiedziałam, że muszę się zebrać, a głos bliskiej osoby mógł w tym momencie zdziałać cuda! Pomogło! Zacząłem ponownie szukać superlatywów tej beznadziejnej dla mnie sytuacji. Dawaj Gajlusz! Tyle w życiu przeszedłeś, że co tam teraz dla ciebie ta setka- powtarzałem na okrągło. Znasz trasę, doskonale znasz tą trasę, na punkcie będzie support! Dajesz!

Jeszcze tylko jedno podejście i później z górki do samej Pasterki! Kiedy wiedziałem, że jest już blisko- zobaczyłem w oddali kumpla z ogromną flagą naszego Teamu! W przeciągu setnej sekundy zapomniałem o bólu i zmęczeniu. Jego widok zadziałał na mnie jak zastrzyk adrenaliny! Do oczu znowu napływały łzy- tym razem łzy szczęścia. Będąc kilkaset metrów od zbliżającego się punktu kontrolnego, zauważyłem znajomych i ludzi z mojego supportu! Wszystko nagle minęło- nie czułem już bólu, ani żadnej niepewności, która dopadała mnie wcześniej. To było... Brakuje mi słów żeby opisać co czułem w tym momencie- byłem szczęśliwy!



Nie spodziewałem się, że moi przyjaciele podejdą do tematu supportu w tak profesjonalny sposób! Klasa światowa- uwierzcie mi. Nie zapomnieli o niczym! Przypominali o piciu i jedzeniu, serwowali to, na co miałem największą w danym momencie ochotę, przypominali o zmianie skarpet na świeże, przypominali o smarowaniu nóg, zmianie koszulki na świeżą, motywowali i przede wszystkim- przekazywali pozytywną energię, którą mogłem wykorzystać na pokonanie kolejnych kilometrów do następnego punktu.



Po opuszczeniu Pasterki, czułem, że jestem zmotywowany i naładowany podobnie jak w momencie startu. Szczeliniec nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Pokonywałem go w tym roku wielokrotnie, podczas Sztafety Górskiej czy SGS-a. Razem z wcześniej wspomnianym Hubertem, pokonywaliśmy skalne labirynty bardzo sprawnie i żwawo. Wiedziałem że zaraz po zbiegnięciu z góry, czekać nas będzie odcinek przeszło dwudziestu kilometrów, ale za żadne skarby nie przypuszczałem, że będzie w stanie nas tak sponiewierać! Pamiętam słowa Huberta- ty też czujesz się jakoś inaczej? Niby wszystko normalnie, niby nic się dzieje, ale to był znak, że niebawem się zacznie...

Poczułem się najpierw lekko, jakbym był na haju. Od czasu do czasu zarzuciło mną na boki, ale jakby wszystko nadal było pod kontrolą. Humor dopisywał, ale zmęczenie znowu zaczęło dawać o sobie znać. Pocieszeniem był dla mnie fakt, że odcinek do Ścinawki nie jest zbyt wymagający- jedynie długi. Zrobiło się ciemno, w lesie nastała cisza. W krzakach od czasu do czasu słychać było uciekające zwierzę. Świadomość, że do samego końca wyścigu, na punktach będzie mnie wspierać support- dawało mi poczucie bezpieczeństwa, ale zmęczenie było coraz większe. W pewnym momencie ból stóp był tak silny, że nie mogłem kontynuować biegu po kamienistych szlakach! Czułem jak moje stopy płoną, a na domiar tego pojawiają się kolejne pęcherze! Zauważyłem, że między mną, a Hubertem od dawna nie było żadnej konwersacji, to efekt zmęczenia- pomyślałem i wiedziałem, że musimy jak najprędzej dotrzeć do kolejnego punktu.

Próbowałem zagadać do mojego kolegi od czasu do czasu, ale chyba nie rozumiał mojego bełkotu, albo był już na tyle zmęczony, że nie miał siły odpowiadać. Apogeum tego wszystkiego był moment, w którym wystraszyłem się stojącego faceta, opartego o skałę. Stał oparty z telefonem w ręku, nie miał latarki czołowej. Na ciele poczułem gęsią skórkę i po chwili spokój... Zorientowałem się, że nikogo tam nie ma! Chyba mam zwidy! Fuck- kiedy w końcu będzie ten cholerny punkt!

Cdn...