Debiut Michała w KBL- Relacja





                Historia zaczyna się na początku grudnia 2018 kiedy to przypadkiem dowiedziałem się, że koledzy Rysiu i Rafał zapisali się na ten dystans podczas DFBG w Lądku. Nie mogłem ich puścić samych więc spontanicznie i bez głębszej analizy zrobiłem to samo. Dotarło to do mnie jakoś w sylwestra, kiedy pomyślałem ,,fajnie ale to za PÓŁ ROKU’’ więc mam mało czasu. Cały sezon 2018 leżałem bykiem, mało biegałem bo zwyczajnie mi się nie chciało i nie miałem celu. Zanotowałem też najwyższą wagę w życiu która 2 stycznia wskazała 90,2 kg co przy wzroście 172 cm jest sporym przegięciem pały… 

Styczeń-Luty-Marzec to kilkukrotny reset planu treningowego. Męczyły mnie kontuzje, chorowałem i przesiedziałem 2 tyg. na wakacjach. Jakiekolwiek postępy zacząłem robić od połowy marca ( 4 miesiące do startu ) Kwiecień-Maj-Czerwiec to już niemal bezproblemowa realizacja planu. 200-240 km. Miesięcznie, trening 4-5 razy w tygodniu. Waga pod koniec czerwca zjechała do 82,4 kg. 

START- 19.07.2019 godzina 20:00 Kudowa 

Na kilka minut przed odliczaniem spotykam się na starcie z Rafałem, Ryśkiem i Jackiem Szandałą z Oleśnickiego COB, gratuluje im, że dotrwaliśmy do tego momentu i jesteśmy gotowi  3.2.1 GO Na początek w tłumie spontanicznie dogadujemy się, że lecimy razem puki ,,siły przyrody nas nie rozdzielą” jak słusznie zauważa Rafał. Zanim się nagadaliśmy okazało się, że wpadamy na pierwszy punkt na 15 km. JEŚĆ bo następny z jedzeniem za jakieś 25 km. W miarę szybko pochłonęliśmy kilka kanapek z dżemem i arbuzy, w drogę. Mijamy Szczeliniec który tłum biegaczy oświetla lampkami czołowymi, magiczne doznanie.. Momentami widać poniżej oświetlone miasteczka i wschodzący księżyc. Bajera trwa ale zaczyna się też w ekipie pierwsze marudzenie. Jacek i Rysiu zaczynają delikatnie odstawać. Problemem jest mrok i zmęczenie, trzeba nieustannie być czujnym i patrzeć pod nogi. Potykamy się, ślizgamy, ktoś prawie zalicza glebę… Dwa rzuty beretem i jesteśmy w Ścinawce Średniej ( 40 km. ) Spotykamy ekipę z mojego nowego Teamu ( Biegiem Po Marzenia ) Pomagają nam szybko coś zjeść i wyganiają dalej w trasę. Na tym punkcie mijam Dawida ( śpi, regeneruje siły na trasie 240 km ) część ekipy zaczyna się ociągać. Na kolejnym punkcie Przełęcz Wilcza około 62 km. Postanawiamy się podzielić na pary. Nadal tryskam energią, co zaczyna mnie lekko dziwić, bo do tej pory miałem tylko dwa biegi w okolicach 60 km. Które mnie wiele kosztowały, a teraz ?? No trochę zmęczony ale kryzysów nie widać. Bach nagle dobiegamy z Rafałem do Barda. Ku mojemu zdziwieniu około 2 km. Przed punktem przy drodze stoi tata i wcale nie chodzi mi o hinduską markę samochodów tylko o ojca . W tajemnicy przyjechał z mamą pokibicować. Lecimy na punkt. I znowu 3-5 min i chcę lecieć. Chwilę czekam aż Rafał się ogarnie i lecimy. Po podejściu na Kalwarię kontuzja która męczy mojego kompana od jakiegoś czasu nie pozwala mu utrzymać mojego tempa ,,Michał leć, bez pretensji’’ powiedział i zostało mi 35 km. Solo :-/ Przełęcz Kłodzka ( 84 km ) ponownie zaraz przed punktem czeka Zbyszek, jest w szoku z powodu mojej dyspozycji, ledwo nadąża na stromym zbiegu dając mi mało celne rady hehe. Ponoć już widać było po mnie zmęczenie ale jeszcze czułem się dobrze, chyba nawet za dobrze ! Jak to możliwe ? Nie wiem do teraz. Nie muszę na nikogo czekać więc dzida z punktu na kolejny odcinek a kilku chwilach spotykam kolejną osobę z Teamu-Dominikę która postanawia potowarzyszyć mi do kolejnego punktu. Mija południe, ostatnie kilkanaście kilometrów to odcinki prawie bez cienia, gorąco. Punkt Orłowiec 98 km. Ani chwili zwątpienia czy zawahania, ponownie cola, izo i arbuzy. Ostatni odcinek już mi się ciągnął. Długie ale delikatne podejście a po nim lekko w dół do Lądka. 6-7 km przed metą opadam z sił. Brakło mi motywacji by jeszcze z siebie coś wycisnąć, w zasadzie meta to tylko kwestia czasu… Jeszcze chwilę czekam, maszeruje, zbieram siły przed miastem by nie było obciachu, że idę hehe. Spotykam ostatni raz Tatę, znowu po mnie wyszedł, i gada mi, że jestem niesamowity i inne tam pierdoły a ja skupiam się tylko na mecie, na chwili, gdy wbiegam do parku, zbijam piątki z kibicami i unoszę ręce w geście zwycięstwa. Miałem to przed oczami od kilku miesięcy, myślałem tylko o tym, tylko o tej chwili. Nie było innej możliwości, nie było zawahania ani zwątpienia nawet przez moment, ani sekundy, ta determinacja towarzyszyła mi przez całą drogę !!! 

I wpadam do parku zdrojowego, tłum oklaskuje, zbijam piąteczki, unoszę ręce, wskakuje po kilku schodkach na metę, słyszę z głośników ,,Michał Kwiecień Bierutów” i marzenie staje się faktem, jestem ULTRASEM 

Po marzenia…