Nasz "Czarny Koń- Marcin Smoliński" trzeci w kategorii na UltraTrail podczas DFBG- RELACJA



        Wróciłem do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. 
To właśnie rok temu na DFBG w Lądku Zdroju miałem swój debiut w ulrtamaratonie górskim na dystansie 68 kilometrów. Nie mając żadnego doświadczenia, stanąłem oko w oko z tym potworem, który przysporzył mi tyle cierpienia. Ostatecznie z nim wygrałem.  Chwała mu za to!  
Teraz wracam silniejszy i bogatszy o doświadczenie, dobrze przygotowany i z poukładanym planem. 

Udaje mi się stanąć na podium Złotego Maratonu – 45km zajmując 3 miejsce w swojej kategorii wiekowej, a finalnie kończąc go na 15 pozycji.  
Do Lądka przyjechałem dzień przed startem, aby wszystko ogarnąć na spokojnie, bez nerwów.  Namiot rozbity, pakiety odebrane, można się trochę rozluźnić. 
6:00 – sobota . Część ludzi z pola namiotowego wstaje przygotowując się już do maratonu.  Ja myślę tylko o starcie i w głowie układam sobie zamierzony plan. Pełna koncentracja. 
9:00 – START. Tym razem nie dałem się ponieść emocjom i na spokojnie zacząłem bieg wiedząc, że na początku czekają mnie dwa podbiegi, które mogą przekreślić cały bieg.  Wszystko szło po mojej myśli,  tak jak zakładałem.  Pierwszą część trasy znałem po niedawnym rekonesansie, wiedziałem czego mogę się spodziewać. Krótkie podejścia, szybkie zbiegi, trasa niezbyt trudna technicznie. Już zaczynam wyprzedzać osoby, które zaczęły zbyt mocno na początku. Pierwszy punkt odżywczy, Przełęcz Lądecka na 10km, ominąłem. Miałem jeszcze zapas płynów do następnego punktu, a czas uciekał. Musiałem tu nadrobić.  Podejście pod Borówkową Górę, czas na żel i lecę dalej. Wyprzedziłem jeszcze kilka osób i dotarłem do drugiego punktu odżywczego w Złotym Stoku na 23km. Tutaj już odczuwam zmęczenie, ale jest lepiej niż zakładałem i wiem, że mogę jeszcze powalczyć, co dodaje mi skrzydeł. Kawałek arbuza, banan i żel, uzupełniam płyny.  Teraz czeka mnie najgorsze. Druga część trasy, która zniszczyła mnie rok temu. Dwa długie podejścia,  pierwsze 7km na Jawornik. Zaczynają się pojawiać osoby z innych dystansów. Tutaj dogania mnie zawodnik maratonu, zaczyna się między nami rywalizacja. Nikt nie odpuszcza, on mnie wyprzedza na podejściach, ja go na zbiegach. Mijamy szaleńców z Biegu 7 Szczytów 240km. Do następnego punktu w Orłowcu na 33km mój rywal dociera pierwszy. Na tym punkcie czeka Dominika z teamu, która szybko uzupełnia mi płyny,  gdy ja w tym czasie zjadam arbuza i banana. Wciągam żel i lecę dalej. Wybiegam pierwszy. Wiem, że czeka mnie ostatnie podejście, 5km i później praktycznie zbieg do samej mety. Na podejściu dogania mnie mój przeciwnik, ścigamy się ramie w ramie. Mam zamiar odstawić go na zbiegu, lecz w tym momencie wydarzyło się coś złego w moim organizmie, silne bóle brzucha nasilające się po każdym kroku. Zaciskam zęby i biegnę dalej z grymasem na twarzy widząc jak mój przeciwnik się oddala. Straciłem nadzieje na zwycięstwo z mym rywalem, lecz się nie poddałem. Na trasie zaczyna robić się tłoczno, zbiegają się zawodnicy z różnych dystansów. Jeszcze kilka kilometrów i będzie meta. Zbliżamy się do Lądka Zdroju i w tym momencie zobaczyłem mojego przeciwnika, który wyraźnie osłabł. Pomyślałem sobie, że muszę go dogonić, choćby nie wiem co! Nogi już były ciężkie, ale głowa nie odpuściła. Otrzymałem zastrzyk nowej energii i pędziłem do przodu nie oglądając się za siebie. Wyprzedziłem go kilkaset metrów przed metą. Dzięki temu wskoczyłem na 3 miejsce w kategorii M20. Kolejny raz przekonałem się, że zawsze warto walczyć do końca!


Po marzenia...


Publikowanie komentarza

0 Komentarze