Bieg 7 Szczytów oczami Konrada- "Falstart"






Biegu 7 Szczytów po ST130 w 2018 roku miałem w ogóle nie biec. Mówiłem, że mogę zawitać ale jako wolontariusz. Super Trail zakończył się w piątek i w tym przekonaniu żyłem do poniedziałku. Zadzwonił Sławek i zapytał, że "może jednak zrobilibyśmy te 240km?". Jak typowy szwagier- co ja miałem mu powiedzieć, że nie ?

                W ramach rekompensaty namówiłem go na Bieg Rzeźnika miesiąc wcześniej jako trening pod B7S i to był dobry pomysł. Lepszy niż zapisanie się 240km.

                Pogoda w tym roku sprzyjała. Noc chłodnawa, a dzień bez dużego słońca. W dobrych humorach wyruszyliśmy zmierzyć się z demonem. Mocne podejścia i płynne zbiegi szły gładko. Pierwszym problemem stał się zmrok. Sławka latarka zaniemogła i we dwóch o jednym świetle dociągnęliśmy do Przełęczy Płoszyna, tuż przed podejściem na Śnieżnik. Tam udało się światło uzdrowić i mogliśmy spokojnie zbiegać, a przynajmniej tak nam się wydawało. 

                Podejście pamiętałem z poprzedniego roku i w porównaniu do Bieszczad nie było aż tak strome i długie, a na plus była pogoda. Rześko, lekki wiaterek i pełnia. Zejście natomiast dało nam w kość. Same luźne kamienie. Z naszym doświadczeniem, zbieg równałby się samobójstwu więc powoli schodziliśmy. W Długopolu na przepaku chwilę spędziliśmy, szybkie przebranie, zmiana zapasów i dalej w drogę. Na 81km, w punkcie obsługiwanym przez ekipę OTK Rzeźnik zmuszony byłem położyć się spać na 10 minut. Naładowało to baterie na jakiś czas. Po drodze do Masarykovej Chaty, punktu na setnym kilometrze udało się znaleźć sklep, w którym kupiliśmy piwo i które niesamowicie pomogło po tylu godzinach na nogach, a zwłaszcza mając przed sobą wizję długiego podejścia i wyasfaltowane szlaki u Czechów. Masakra. Po minięciu punktu organizm ponownie domagał się snu. Zaczęły się krótkotrwałe odcięcia. Zauważałem, że traciłem w świadomości mijające nas metry. Jakbym lunatykował. Wraz z Kamilem poznanym na trasie postanowiliśmy odbić 20m  z trasy aby zejść ludziom z oczu i ponownie budzik na 10 minut. Sławek poczekał na nas kawałek dalej. Do Jamrozowej Polany dotarłem już naprawdę zmęczony. Ostatni odcinek do Kudowy przez Duszniki jest jakoś taki dla mnie psychicznie męczący. Są łagodne i długie podejścia. Ni to biec, ni to iść. Po za dwoma stromymi ale krótkimi. One na tym etapie mnie cieszyły. Na płaskim natomiast nie byłem wstanie już utrzymać tempa. Jedynie zbiegi jako tako szły. Sławek miał już tak dość, że uciekł do przodu aby jak najszybciej zakończyć męczarnie. Ja już od dłuższego czasu  walczyłem z decyzją czy zejść w Kudowie czy walczyć dalej. Fakt, że zajęło mi to niespełna 25h, czyli godzina do limitu na punkcie, potrzeba snu i świadomość jak wygląda teraz wejście na Szczeliniec zadecydowały, że na 240km to jest jeszcze za wcześnie.

Wnioski:
- Pierwszy błąd to przyjechanie do Lądka-Zdrój w dniu startu. Pakowanie od rana, pół dnia w drodze i start nie pomogły. Było przyjechać dzień wcześniej i odpoczywać.
- Drugi to niezmienienie butów na asfaltowe na przepaku w Długopolu. Stopy dostały swoje i czuły już każdy kamień.
- Za długo na punktach odżywczych.
Do Biegu 7 Szczytów podejdę raz jeszcze ale nie wcześniej niż za 2 lata. Teraz było za szybko, za małe doświadczenie i za mało startów w biegach ultra. Za rok chciałbym pobiec brakujący odcinek czyli K-B-L 110km ale już na zasadzie ścigania się a nie samego ukończenia.

Po marzenia...