Mam ochotę pobiec gdzieś daleko, bez zegarka, bez mapy...

Nigdy nie biegam na czas, na ilość...ja to robię dla fanu, nie dla medalu, ale wiem, że ten przyjdzie w odpowiednim czasie. Gdy spotykam się z biegaczami, z ich ust w moją stronę padają pytania związane z tym, ile przebiegam kilometrów tygodniowo, jakie pokonuję przewyższenie etc. A ja na to wszystko odpowiadam ''Nie wiem, biegam bez zegarka i mapy.''. Nie rozumiem ich. 

Ile się słyszy, że nowe pokolenie nie potrafi oderwać się od telefonów i komputerów. Nie ma sensu wrzucać wszystkich nastolatków i studentów do jednego worka, bo po pierwsze - nie każdy jest taki, a po drugie- niejednokrotnie dorośli nie są pod tym względem lepsi. 

Mierzenie czasu, przebytej ilości kilometrów jest dobre dla sprawdzenia naszego progresu, ale czy warto na tym się skupiać? Myślę, że nie. Wszystko w nadmiarze staje się trucizną. Zauważyłam, że znaczna większość sportowców, którzy odniesli znaczne sukcesy w swoich dziedzinach, podchodzi do tego tematu z dozą pokory, świadomie. 

Każdy ma swój Everest - Wanda Rutkiewicz

Nie lepszy byłby świat, gdyby ludzie wyzbyli się pychy? Co daje ludziom chwalenie się w sieci i w realnym świecie swoimi dokonaniami? Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Życie jest kruche, nie wiemy kiedy się skończy. Nie piękniej by było uciec od pyszałków w social mediach i podejść z dystansem do swoich osiągnięć? Zresztą na ogół nikogo nie interesuje  nasze, często fałszywe, życie na Facebooku, Instagramie. Trochę myślenia o teraźniejszości i czerpania z obecnej chwili przyda się każdemu. 

Nie pytajcie mnie w jakim czasie przebiegam 5km, 10km. Szczęśliwi tym się nie przejmują tym  za bardzo. Każdego dnia jesteśmy przynajmniej trochę inną, często lepszą wersją siebie z poprzedniego dnia. Jak więc mierzyć swój sukces? Czy da się to zrobić, skoro, każdy ma inny pułap możliwości? 





Publikowanie komentarza

0 Komentarze