Wywiad z Piotrem Szumlińskim - biegaczem ATTIQ team, szefem, mężem i ojcem.

Piotr Szumliński jest biegaczem ATTIQ team zajmującym wysokie miejsca w zawodach. Na co dzień sprawuje on funkcję Dyrektora Centrum Wsparcia Dydaktyki Uniwersytetu Jagielońskiego oraz jest mężem i ojcem.

foto:UltraLovers/Jacek Deneka


Przed wywiadem z Piotrem zadzwoniłam do niego, żeby go lepiej poznać. Ta rozmowa trwała trzy godziny i czterdzieści minut - była jedną z najlepszych w jakich brałam udział. Historia i osobowość Piotra wywarły na mnie niesamowicie pozytywne wrażenie. Moje policzki, gdy się rozłączyłam, były bardzo obolałe, a to wszystko zawdzięczam śmiechowi i uśmiechowi wywołanymi w głównej mierze przez niego. Poznajcie go! Przed Państwem Piotr Szumliński! 

- Jesteś prawnikiem, Dyrektorem Centrum Wsparcia Dydaktyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, biegaczem ATTIQ team zajmującym wysokie miejsca w biegach górskich, mężem i ojcem. Jak jednocześnie sprawujesz tyle funkcji?

-W sumie to robię w swoim życiu jeszcze wiele innych rzeczy. Właściwie, to nie myślę tym. Po prostu staram się nie tracić za dużo czasu na rzeczy, które ten czas zabierają.Kiedyś byłem osobą bardzo słabo zorganizowaną, ale ciągle staram się ogarniać moją naturę i raczej mam wszystko zaplanowane. Treningi biegowe nie są, aż tak czasochłonne. Godzinę czy dwie dziennie, pewnie każdy jest w stanie wygospodarować. To raczej kwestie czasu na odpoczynek i regeneracje. Tego pewnie jest za mało, ale wydaje mi się, że ciągle mam w tym zakresie rezerwy, bo zamiast siedzieć przed TV i jednym okiem oglądać mecz a drugi zasypiać można się po prostu położyć spać i wstać rano wypoczętym, a nie półprzytomnym.

-Nudzisz się czasem?

Pamiętam jak zaczynałem pracę na Uniwersytecie, to miewałem chwilę w których niezbyt wiele się działo. Teraz raczej ciągle coś się dzieje. Ostatnie miesiące były szczególnie trudne z uwagi na sytuację epidemiczną w kraju i konieczności podejmowania pilnych działań związanych z kształceniem studentów i doktorantów. Z drugiej strony jak się uda coś fajnego zrobić, to czuć dużą satysfakcję. To chyba kwestia charakteru, że w sumie jak jest trudniej, to wydaje się to dużo bardziej wciągające i interesujące.

-Kto jest Twoim fanem/fanką numer jeden?
Nie wiem czy mam takowych, ale pewnie tutaj pytasz o żonę. Ola zawsze jeździ ze mną na zawody, wspiera mnie. Czasem musi pokonywać długie kilometry, żeby mi zapewnić suport. Do tego ja potrafię być jak rozkapryszony dzieciak, więc z pewnością łatwo ze mną nie ma. Nawet ostatnio podczas Tatra Fest Bieg założyłem złe buty i wbiegając na punkt przy schronisku w Dolinie Kościeliskiej chciałem je zmienić, z uwagi na to, że nic nie mówiłem, że będę ich potrzebował zostały w samochodzie. Pobiegłem więc dalej, a Ola biegła do samochodu bo buty, żeby mi na następnym punkcie je dać. W sumie nadal widzę wyraz jej twarzy, jak wbiegłem na punkt i na pytanie gdzie zmieniamy buty odpowiedziałem, że w sumie to już zostanę w tych co mam… Tak, tak wiem, taki mąż to skarb. No jak widać łatwo nie ma, ale wiem że jest ze mnie dumna. Nie mówi mi tego za często, ale to dla mnie największa nagroda zobaczyć uznanie w jej oczach. Wielu kolegów nie ma tak dobrze jak ja. Już nie mówię o tym, że żona nie jeździ z nimi na zawody, bo w sumie to je nawet rozumiem. Tu bardziej chodzi o robienie pod górkę z treningami. Trochę takie stawianie sprawy, że albo ja albo bieganie. Na szczęście u mnie Ola sama się w biegi wkręciła a że biega coraz szybciej, to co raz częściej mamy okazje pobiegać wspólnie i spędzać razem czas. Czekam jeszcze na córkę. Jak się Julia wkręci w bieganie, to już wszystko będzie bieganiu podporządkowane.

- Ile masz par butów? Jak reaguje na to Twoja żona?
-Ale takich, w których biegam regularnie czy po prostu mam? Mam kilka….kategorii butów. I nie mówię tu tylko o tym, że mam do biegów górskich i do biegania po asfalcie. Ja wśród nich mam te, w których biegam od czasu do czasu, takie co biegam regularnie, takie co nie biegam, bo ich nie lubię, takie w których nie biegam, bo mnie boli z nich stopa, takie które już w sumie są rozwalone, ale jeszcze można w nich pobiegać. Mam też takie, które kupiłem i w sumie miałem je zwrócić, ale potem uznałem, że i tak w sumie będę ich kiedyś potrzebował….czyli w sumie nie tak wiele. Swoją drogą, Ola już mi nie grozi, że mi je wywali przez okno, i nawet ostatnio powiedziała, żebym sobie jakieś kupił, a na moje pytanie, że takie mam, odpowiedziała, że nie w takim kolorze… Więc w sumie mam jeszcze buty, z którejś z wyżej wymienionych kategorii, ale o innej kolorystyce…

-W 2015r. zacząłeś biegać ważąc 120kg. Dziś widać efekty Twojej pracy.
-Tak, choć w sumie to w 2015 roku to już 120 kilo nie ważyłem, bo coś już tam schudłem.Wcześniej też coś tam od czasu do czasu potruchtałem, ale brakowało w tym moim chudnięciu i bieganiu systematyki. Zawsze wracałem do punktu wyjścia. Wszystko się w sumie zmieniło, jak nagle sobie założyłem, że przebiegnę maraton. Zacząłem więc biegać według planu z internetu i tak w miarę regularnie przepracowałem zimę. I przyszedł czas na pierwszy w życiu start.

-Przyszedł Twój pierwszy biegowy cel - przebiec maraton. Co myślałeś, gdy to zrobiłeś?

-Po pierwsze, to przed biegiem się zważyłem i wyszło, że ważę 90 kilo. Dziwne bo czułem się jakbym ważył 70. Ale może to kwestia punktu odniesienia. W sumie jak dobiegłem, to stwierdziłem, że ostatni nie byłem, może miejsce w okolicach tysięcznego nie było spełnieniem moich marzeń, ale już myślałem o kolejnym starcie. O moim pojęciu o bieganiu nie świadczy, to że parę tygodniu później, już chciałem „łamać” 1.30 w półmaratonie, skończyło się 1.36, mimo przecież lekkiej nadwagi. Potem już było z górki. Dosłownie i w przenośni, co zapisałem się na obóz biegowy do Marcian Świerca i tak od tego czasu razem trenujemy. W sumie mam taki cel, żeby ten mój czas z „płaskiego” debiutu poprawić w górach, ale muszę jeszcze troszkę nad tym popracować, albo bardziej płaskiej trasy.

-Od oracza do biegacza. Byłeś najlepszym kombajnistą w swojej miejscowości mimo bardzo młodego wieku. Czego się nauczyłeś? Czego nauczył Cię Twój ojciec? 

-Nie wiem czy byłem najlepszym kombajnistą w miejscowości, ale na pewno byłem najlepszy w kategorii wiekowej. A tak na poważnie, to pewnie tu należy szukać odpowiedzi, jak to robię. Po prostu staram się robić to jak najlepiej jak umiem. I w sumie nie ma to znaczenia czy to jest praca, bycie ojcem, mężem czy kombajnistom, jak coś robisz z sercem i się do tego przykładasz, to i efekty widać gołym okiem. Bardzo wiele zawdzięczam tacie, który ciągle gdzieś coś by poprawił w tym koszeniu, czy oraniu i tak starałem się mu zaimponować, tak jak teraz mam z żoną. Mama też zawsze mnie wspiera i zawsze kibicuje. Tylko strasznie się denerwuje, że sobie coś zrobię na biegu. A że potrafię, to też łatwo nie ma.

-Jakim jesteś szefem?

-No cóż, o to trzeba zapytać moich pracowników. Ja mogę jedynie powiedzieć, że staram się, żeby nie mieli za dużo powodów do narzekania. Osobiście dużo uwagi poświęcam temu, żeby atmosfera była dobra, sam jestem raczej typem śmieszka, który dużo żartuje (pewnie czasem za dużo). To doprowadza czasem do dość zabawnych sytuacji, bo wystarczy, że się nie uśmiecham i w moim biurze wszyscy chodzą jak na szpilkach… i w końcu dostaje pytanie – Piotr, coś się stało. W sumie jak, ktoś coś zawali nie muszę nic mówić, wystarczy, że przestaje się uśmiechać, choć i w tych sprawach mam raczej podejście takie, że tylko ten kto nic nie robi się nie myli.

-Kiedyś się tak nie uśmiechałeś i nie patrzyłeś ludziom prosto w oczy, a oni myśleli, że jesteś sztywniakiem. 

-Tak, dowiedziałem się kiedyś od znajomej z pracy, że ludzie mają mnie za gbura. Nie ukrywam, że troszkę mnie to zdziwiło. Moje zdziwienie było tym większe, jak dowiedziałem się, że powodem takiej oceny było to, że nie patrzyłem ludziom w oczy, jak do nich mówił. Szkopuł w tym, że to nie była kwestia usposobienia, a tego, że … no jakby to powiedzieć…nie miałem zębów….no dobra miałem ale były bardzo małe i za wszelką cenę próbowałem je ukryć. Był to mój wielki kompleks i jak tylko było nas stać sprawiłem sobie piękny uśmiech. Ola tylko teraz mi mówi, żebym uważał na zbiegach, bo te ząbki były drogie (śmiech).

- Jak doszedłeś do miejsca, w którym dziś jesteś? 

Naszym największym osiągnięciem było, to że na początku studiów prawniczych urodziła się Julia. Oboje nie pochodzimy z Krakowa i na miejscu musieliśmy sobie radzić sami. Rodzice oczywiście pomagali jak mogli, czasem można było też liczyć na pomoc wujka lub cioci ze studiów, ale w zasadzie wszystko udało się ogarnąć dzięki dobrej organizacji. Pamiętam, jak mieliśmy na ścianie rozpisane, kto na jakie zajęcia idzie, kto robi notatki, wymienialiśmy Julią na Plantach i szliśmy na zajęcia. Było ciężko, ale to też były wspaniałe chwile. Oboje świetnie uczyliśmy się, mieliśmy stypendia i jakoś się udało. Potem Ola dostała pracę na UJ, ja później do niej dołączyłem. Dziś Ola kieruje podobną jednostką jak ja, tylko na Akademii Górniczo Hutniczej. Oboje też jesteśmy znanymi specjalistami z zakresu szkolnictwa wyższego i czasem jak kogoś spotykam, to szczerze nie pamiętam czy poznałem tego kogoś na konferencji, szkoleniu czy może na jakimś biegu.

- Żona woli morze, a Ty góry. Gdzie jeździcie na wakacje?

Żona woli słońce i upał. A to, że morze jest tam gdzie słońce (oczywiście z wyjątkiem Polski) to często wybieramy miejsca, w których jest i morze i góry. Gdyby jeszcze nie było tych upałów, to byłoby idealnie, ale nie będę narzekał, bo trening w upale też ma swoje plusy.

- Tegoroczne wakacje wyglądają nieco inaczej, prawda?

Tak z uwagi na sytuację w kraju i Europie nie wyjechaliśmy gdzieś daleko. Spędziliśmy za to świetny czas w Karpaczu, odpoczęliśmy, pobiegaliśmy po górach, No i przy okazji udało się jeszcze odwiedzić Pragę i Budapeszt. Więc nie było tak, źle. No i te upały mniejsze.

- Treningi na Majorce, czy na Krecie są lepsze jako przygotowanie do Chudego Wawrzyńca, albo Badwater? 

-Do Badwater na pewno, a jeśli chodzi o Chudego to mogę powiedzieć, że w tym roku zdecydowanie by się przydały. Bo ja upałów nie znoszę, a za dużo okazji do takich treningów w tym roku nie było. Nie będę głupio się tłumaczył, że przegrałem medal, przez upał, bo każdy miał takie same warunki na Mistrzostwach Polski, ale z pewnością jakbym więcej w takich warunkach trenował byłoby mi zdecydowanie łatwiej.

-Ostatnio bardzo dużo mówi się o Kobietach w ultra, które okazują się lepsze od facetów, jaki Ty masz do tego stosunek?

W sumie, to myślałem trochę o tym. Dziewczyny są naprawdę świetne, walczą jak lwice a my faceci to takie panienki. W zasadzie można powiedzieć, że im dłuższy bieg i jednak mimo wszystko łatwiejszy technicznie, to dziewczyny są równie mocne a nawet mocniejsze od facetów. Myślę, że to kwestia głowy. Kobiety po prostu są twardsze. Inna sprawa, że wyniki, które ostatnio dziewczyny osiągają, to rekordy Europy, które dawały pewnie złote medale na każdej światowej imprezie. Ja bieganie traktuje jako hobby i jakoś strasznie mi to nie przeszkadza, choć wolałbym za często takich pytań nie dostawać. A jeśli chodzi o Mistrzostwa Polski, to Dominika była poza moim zasięgiem. Żałuje strasznie, że nie trzymałem się Pauliny Tracz, tylko w momencie, gdy już byłem trzeci zacząłem oszczędzać siły i chciałem ten medal dowieźć do mety.

- No właśnie i na zbiegu wyprzedził Cię Rafał Kot? 

Tak, a Ola krzyczała w Glince żebym cisnął i w sumie miałem ten ostatni odcinek pobiec na maxa, a gdzieś sobie w głowie włączyłem tryb ostrożnościowy. Rafał źle wyglądał, jak go wcześniej wyprzedziłem i szczerze zawsze będzie miał u mnie duży szacunek za to jak potrafił się pozbierać. Inna sprawa, że ja zamiast się mazać i pełzać do mety powinienem walczyć do końca, bo wyniki pokazują, że jakbym tylko zbiegał ostatni zbieg a nie szedł i truchtał, to jeszcze mogło być ciekawie. Ale cóż, nauka nie idzie w las…

- 2 lata temu na Tatra Fest Bieg zająłeś 3 miejsce. Tegoroczną edycję tego biegu poszła jednak słabiej. Co się stało?

-Nie, no ogólnie to poszło bardzo dobrze mając na uwadze okoliczności. Po pierwsze decyzja o starcie w Tatrach tydzień po Chudym Wawrzyńcu do najmądrzejszych nie należała. Ale Dominik obiecywał, że nie będziemy się ścigać. W sumie wiedziałem, że kłamie, ale cóż, miałem mnóstwo rzeczy, które chciałem sprawdzić na tym biegu i to na pewno się udało. Szkoda tylko, że naprawdę mocno rozwaliłem kolano, pachwinę i podkręciłem kilka razy kostkę, bo byłoby naprawdę fajnie. Tak czy inaczej ten start zaprocentuje w następnych startach.

-Jak to możliwe, że biegnąc w duecie z doktorem Fizyki Jądrowej zajęliście 3 miejsce w Biegu Rzeźnika?

Ha ha, ale że to dobrze? Czy że słabo? Dominik to prawdziwy mocarz. Wiele lat ścigał się z dużymi sukcesami na rowerze a większość biegów, w których startuje wygrywa. Biec z nim to naprawdę duże dla mnie wyzwanie. W tym roku warunki były naprawdę ciężkie i jak pełzaliśmy w błocie po pas zrozumieliśmy, że lekko nie będzie. Nic, trzecie miejsce nie jest złe. Szkoda tylko, że tak naprawdę to tego biegu nie było, bo w sumie oficjalnych wyników nie ma. Sam bieg ciekawy, tylko strasznie długo to biegliśmy i trochę nudno bo Dominik nie lubi gadać.

-Ty chcesz gadać, a parter nie. Jak przeżyć taki bieg?

Dominik ma rację, bo ja powinienem się bardziej skupiać na biegu a nie na tym co się wkoło dzieje. I stąd w sumie za dużo nie gadamy. Ograniczamy się tylko do kilku zdań. Inna sprawa, że sporo razem biegamy i chyba rozumiemy się bez słów. Wystarczy czasem spojrzenie i wiemy co robić.

- Co robisz, gdy kogoś wyprzedzasz na zawodach?

-W sumie zasada jest taka, że powinienem przyspieszyć, żeby ten wyprzedzany nie myślał, że coś jeszcze się może zmienić. Czasem coś tam zagadam, czasem jak to jest ktoś kogo bardzo lubię albo widzę, że coś jest nie tak, to zapytam czy wszystko ok, ale ogólnie wiem, że jak ktoś Cię wyprzedza to nie jest to najlepszy moment i lepiej kogoś nie denerwować swoim głupim gadaniem. Na Chudym w sumie najpierw ja wyprzedziłem Rafała, a potem on mnie. I zawołał do mnie żebyśmy biegli razem, to może dogonimy Roberta Farona. No cóż, trzeba się było starszego kolegi posłuchać.

- Żałujesz decyzji o porzuceniu kariery e-sportowca, który był na 485 miejscu w rankingu światowym?

No miałem taki epizod. Ponieważ moja waga utrudniała mi jakąkolwiek aktywność poza domem, to spędzałem sporo czasu na konsoli. Kupiłem sobie kierownicę i zacząłem namiętnie się poprawiać. Myślę, że to były naprawdę niezłe wyniki, ale jak mówisz pierwsza 500 na świecie to jeszcze nie poziom Formuły 1 i jakoś zainteresowałem się bieganiem. No i jedno co jest pewne, to dla mojego zdrowia była to słuszna decyzja.


foto:UltraLovers/Jacek Deneka




Wywiad z Piotrem Szumlińskim przeprowadziła Marta Synowiec. 



Publikowanie komentarza

0 Komentarze